Mam na imię Magda i jestem pracoholiczką. Siedzę już 6 dzień na zwolnieniu lekarskim i TAK TAK tęsknię za moją pracą!! Już nawet zaczęłam gotować. Ja... gotować! Idzie koniec świata.
Dawno o dzieciach nie było. Do grona moich dzieci dołączyły dwie dziewczynki lat 12, które dokształcam z angielskiego plus braciszek jednej z nich - Michałek. Lat 5. Mały, przeuroczy szczerbolek. Od początku go pokochałam... a on chyba mnie... Już dwie laurki wiszą na mojej lodówce. Jeden z romantyczniejszych gestów jakie ostatnio doświadczyłam. Urocze aczkolwiek przykre zarazem ;)))
Michałek ma w zwyczaju nagminne przeszkadzanie nam w nauce, np. wyskakując zza łóżka, lub z szafy siostry ubrany w jedną z jej bluzek. Niedawno wszedł do pokoju i wręczył mi laurkę. Byli na niej: chłopiec (on) trzymający dziewczynkę (mnie) za rękę. W powietrzy natomiast latały kształtne serduszka.
Michałek (zawstydzony): Bo wie pani co?
Ja: Tak Michałku?
Michałek: Hmm.. no bo...no ja się w pani zakochałem. AAAAA (po czym z krzykiem wybiegł z pokoju).
Po dwóch minutach powrócił, zawadiacko oparł się o krzesło: A wie pani ile mam dziewczyn?
Ja: Nie, nie wiem...
M: SIEDEM!
Ja (dusząc napad śmiechu): oj Michałku, nie mogę być jedną z siedmiu. Mogę być tylko tą jedyną... co Ty na to?
Michałek po krótkim zastanowieniu odpowiedział krótkim "OK" i pokazał wybrakowany uśmiech. Ja mocno go ścisnęłam: Michałku najchętniej bym Cię schrupała i wzięła ze sobą do domu!!!
Michałek: Oj nie chciałaby pani, bo rano pierdzę...
To by było na tyle z romantycznego klimatu, bo prawie zabiłam się spadając z krzesła.
Natchnęło mnie, żeby zacząć pisać. Powracam właśnie tutaj, kolejny raz. Miałam coś zmienić... nazwę, layout, ale za dużo sentymentu jest na tym blogu. Nie mam serca, żeby najzwyczajniej w świecie go skasować.
Jak coś zmienia się diametralnie w moim życiu wracam tutaj jak bumerang. Za każdym razem sobie obecuję, że nie zaniedbam itd. Tym razem nic nie obiecuję...co ma być to będzie.
W jednym ze starszych wpisów noworocznych zamieściłam listę postanowień. O dziwo, wiele z nich się spełniło :) Poniżej te najważniejsze zmiany (niechronologicznie):
Po pierwsze primo: jestem (powiedzmy) szanowaną panią magister. Ciężka i wyboista to była droga, ale najważniejsze że jest już po wszystkim. Narazie zawieszam moją naukową karierę, chociaż myśl o podyplomowych już się gdzieś czai... Teraz mam czas na nadrabianie zaległości książkowych, co przynosi mi wiele radości!
Numer dwa zajmuje wyfrunięcie z rodzinnego gniazda. Pewnego marcowego dnia wstałam z myślą, że już przekroczyłam ćwierćwiecze i należy się totalnie usamodzielnić. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Była to dość spontaniczna decyzja, ale ani przez chwilę jej nie pożałowałam. Moje stosunki z rodzicami z bardzo dobrych zmieniły się w świetne. Wyciszyłam się niesamowicie i dbam i doglądam tylko swojego zadka ;)
No i numer trzy - zmiana pracy. W maju zmieniłam pracę. Niektórzy na słowo "korporacja" dostają gęsiej skórki. Ja dostałam wielki kredyt zaufania, większe pieniądze a na dodatek cudownych ludzi, do których cholernie się przywiązałam i nie jesteśmy tylko "szarą, niewidoczną masą".
To by było narazie na tyle, tytułem pewnego rozbiegu i rozgrzewki do dalszych poczynań blogowych:)
Parę tygodni temu usiadłam przed laptopem i zaczęłam wylewać wielkie żale na Służbę Zdrowia, lekarzy, pielęgniarki… itp. Pisałam pół godzin. Niestety wystąpił błąd i moje wypociny diabli wzięli. Może to i lepiej, bo wpis przepełniony by był wielką goryczą, smutkiem i rozczarowaniem. Jednak wszystko powolutku wychodzi na prostą…
Zaczęło się ponad miesiąc temu… Czarne chmury zawisnęły, nie tylko nad moją głową, ale także nad głowami moich najbliższych przyjaciół.
Na moje nieszczęście byłam główną bohaterką wypadku, który z perspektywy czasu wyglądał jak scena z głupiej, amerykańskiej „komedii”. Przygotowując obiad, podpaliła mi się koszula… zajęła się ogniem. Ledwo pamiętam jak to wyglądało. Szok, krzyk o pomoc, tata próbujący mi pomóc. Poparzenie 2 stopnia, niestety dość rozległe. Miesiąc użerałam się z wyżej wspomnianymi lekarzami… Szkoda słów na to co się dzieje z Służbą Zdrowia. Człowiek uświadamia sobie jak fatalnie działa ten pieprzony system, dopóki nie stanie oko w oko z potrzebą wyleczenia siebie… Mogłoby się zdawać, że leczenia które powinien umieć przeprowadzić każdy lekarz, nawet lekarz pierwszego kontaktu. Nie chcę podnosić sobie ciśnienia, dlatego więcej na ten temat pisać nie będę. Ważne, że przetrwałam najgorsze. 3 tygodnie leżenia w jednej pozycji. Dziękuję tym, którzy byli przy mnie duchowo, osobiście, telefonicznie, mailowo… :)
Nadal pracuję, chociaż obawiałam się że w moim przypadku tak długa nieobecność poskutkuje soczystym kopem w dupę… Na szczęście szefu zachował się w porządku, dostałam krótką, acz treściwą wiadomość: „Nie zamierzam szukać absolutnie nikogo na Twoje miejsce :) Zdrowiej, czekamy na Ciebie”. Kamień z serca.
Poza tym dnia 29.10 skończyłam po raz siódmy osiemnaście lat :) A dzień później, już tradycyjnie, impreza tematyczna. Moje skromne M4 pomieściło bagatela 28 osób. Takiego najazdu mieszkanie jeszcze nie przeżyło. Sangria, która okazała się najbardziej zdradzieckim trunkiem, lała się strumieniami, muzyka na cały regulator. Goście zadowoleni, zadowolona ja :) Niektórzy mieli problem z pamięcią… ale wszystkie fakty zostały uzgodnione. Zdjęć nie będzie, bo 99% to totalnie kompromitujący materiał :D
Od października pogłębiam swoją miłość do wszystkiego co hiszpańskie. Zapisałam się na kurs językowy. Znajomi mnie nie poznają, bo bardzo ambitnie podchodzę do tematu. Mogę być nawet okrzyknięta hiszpańską kujonką :) Oglądanie z babcią oper mydlanych owocuje ;)
Tylko mgr nie chce się sama napisać ;) Ale pracuję nad tym…
Mordka mi się śmieje od ucha do ucha. Już w czwartek wylot. Zasłużony urlop i spełnienie marzeń.
A wszystko zaczęło się ponad rok temu, kiedy zobaczyłam film Woodyego Allena "Vicky Cristina Barcelona". Oniemiałam z wrażenia. Postanowiłam: Muszę zobaczyć Barcelonę. Niestety wakacje po Erasmusie przeminęły pod hasłem "zęby w ścianę" i marzenie podróżnicze musiałam przesunąć na bliżej nieokresloną przyszłość. No i okazja trafiła się w tym roku. Niestety móoja kompanka (największa fanka wszystkiego co hiszpańskie) była w Barcelonie rok temu. Musiałyśmy znaleźć inny cel podróży. Na początku byłam trochę zawiedziona. Końcem końców cieszyłam się, że zobaczę Hipszanię. Tam mnie jeszcze nie było :) Zaczęło się polowanie na tanie bilety, które w ostatecznej kalkulacji wcale tanie nie były... Pewnego dnia D. zostawiła mi wiadomość z nową wizją wyjazdu, która byla złotym środkiem. Lecimy do Madrytu i Barcelony. Chodziłam 5 cm ponad ziemią. Pomijam przykre doświadczenia z bukowaniem biletów. Hocki klocki, kombinacje alpejskieskie z różnymi kartami debetowymi, kredytowymi...ble. Chyba parę dni się męczyłyśmy. Ale czarne chmury przeszły, zostało słońce i radość :) PURE HAPPINESS :) Już widzę siebie jak piję sangrię, łapię hiszpańskie promienie słoneczne, piję sangrię, chodzę po parku Guell, piję sangrię...:)
I jak tutaj dwa dni jeszcze w robocie wysiedzieć? Przebieram z nogi na nogę i odliczam godziny :)
Fotorelacja oczywiście po powrocie :D
PS. Wszystkim który będą płakać w poduszkę pod moją nieobecność, magnesik na lodówkę ;)))
Jestem leniem, leniem pospolitym i patentowanym. W kwestii bloga, żeby nie było. Jak tutaj znaleźć czas na uzupełnianie gadek, jak sesja w toku, praca magisterka się pisze, a jeszcze bardzo gorąco zrobiło się w sprawach zawodowych.
Od jakiegoś czasu chodzę zakręcona jak ruski termos. Wykąpałam się w szamponie do włosów, firmową bramkę z uporem, klnąc pod nosem, próbowałam otworzyć pendrivem (dla swojego usprawiedliwienia: karta i usb mają bardzo podobne wymiary).
Żeby tego było mało w piątek w firmie bardzo się pozmieniało, najbliższa przyszłość stoi pod wielkim znakiem zapytania, ludzie rozkładają ręce, studenci obawiają się o swoje posady… Może coś się wyjaśni na bardzo ważnym meetingu popołudniowym. Obecność obowiązkowa. Jeszcze przełożony wyjeżdża na dwutygodniowy urlop, zostaję sama, nie wiedząc co i jak, kogo prosić o ewentualną pomoc… Jednym słowem, chwilowo jestem w czarnej dupie.
Moim światełkiem w tunelu jest wyjazd, już za miesiąc. Spełni się moje marzenie, które pielęgnuję już od ponad roku. Jeszcze jeden bilet został do zabukowania, więc narazie milczę i nie zapeszam. Szczegóły wkrótce.
Wczoraj, po dwóch tygodniach zobaczyłam się z małymi łobuziakami. Jak stanęłam w drzwiach, Chrześniak zaczął wariować, rzucił mi się w ramiona, ścisnął z całej siły i powiedział na ucho „ciociu, tak właśnie mocno cię kocham”, nie mogłam się nim nacieszyć. Ściskałam go z dobre 3 minuty. Miałam wrażenie, że strasznie urósł. Spojrzałam na niego i pomyślałam jakim będzie nastolatkiem, mężczyzną… Chyba się starzeję…
Łobuziak nr 2, rośnie w oczach, popitala na czworakach w tempie światła, zaczyna stawać przy meblach i na hasło „tany” kręci głową jak Majkel ;)
A przede mną jeszcze dwa zaliczenia. I koniec… studiów… Ostatnich lat beztroski. Obrona we wrześniu i czas zacząć podejmować poważne decyzje. Pewne plany się urodziły, jak zwykle zresztą i będę dążyć usilnie do ich realizacji!
Tak to już jest w mojej rodzinie. Ogromna przewaga płci pięknej. Zawsze dużo się dzieje, rozmowy na temat różnoraki. Może dlatego tak uwielbiam te wszystkie spędy/ spotkania/ zjazdy rodzinne.
W ostatni weekend wypadały 85 urodziny babci. Ważna uroczystość.
PART 1. Kuchnia. Ja, Mama i Chrzestna.
Ja: ... no i śnił mi się taki niebieski drink, zaglądam do środka a tam złota rybka pływa i się patrzy na mnie tymi ślepiami. Złota rybka we śnie to wróży bogatego narzeczonego...
(Wzrok obu conajmniej dziwny) Obydwie: eheeee
(...)
Ja: była tam też góra z kominem na szczycie. Komin to dobrobyt...
One: Eheee
Ja:... albo potrzeby seksualne...
Ch: No to by raczej wszystko wyjaśniało...
PART 2.
Skręcamy przedpotopowy stół. Do rdzenia stołu trzeba było przykręcić nogi. Ja, mama i chrzestna się siłujemy (akurat żadnego chłopa nie było na miejscu). Babcia patrzy z boku i wydaje polecenia... Upaprane od rdzy, śrubki nie chcą się wkręcać, mocujemy się ze śrubokrętami, cudujemy... Po 20 minutach postawiłyśmy stół, dumne że się utrzymuje na nogach.
Babcia: Chyba coś nie tak...
Fak. Rdzeń przykręcony do góry nogami. Brawo.
PART 3.
Akcja dzieje się przy stole. 12 kobiet i tylko 2 facetów (no 2 i 3/4 bo jeszcze dwóch malutkich).
Ciocia nr 1 i Ciocia nr 2 (lat 50- figura modelki)
C1: C. co Ty robisz że masz taką figurę?
C2: Uprawiam seks!
Babcie niewzruszone. Przyzwyczajone :)
Dzisiaj mniejsze grono. 5 kobiet (stały skład) i dwóch malutkich mężczyzn.
Kuzynka: No i idę z Maćkiem, on widzi tego brodatego sąsiada i mówi "o stary dziad idzie". Ja czerwona jak burak,nie wiem co zrobić. Tłumaczę mu, że nie można tak mówić i kto go tego w ogóle nauczył a on na to, że babcia.
Babcia (uhahana): No bo mu powiedziałam, że stary dziad zabiera niegrzeczne dzieci...
O_o
Żałuję, że nie spisuję wszytskich naszych dialogów babincowych. Myślę, że mogłaby powstać świetna książka ;)