|
środa, 03 lutego 2010
Nie będę oryginalna. Jak każdy szanujący się student na przełomie stycznia i lutego, dałam porwać się wirowi naukowemu. Niestety wyboru większego nie miałam. Na szczęście już jestem na finiszu, bez większych obrażeń i siniaków, chociaż nieraz nie obeszło się bez rozpychania łokciami i walki :) Pewna mądra osóbka, która również jest na ostatnim roku, zauważyła, że szczególnie młodzi magistrowie chcą za wszelką cenę udowodnić nam, biednym żuczkom, że nie zasługujemy na dyplom magistra. Za to sędziwe panie profesorki, które posiadają aparycję siwej baby jagi z bajek, z tygodniowym wyprzedzeniem potrafią oznajmić, że "jednak zrobimy sobie egzamin, ustny... aha a te prace co państwo oddali... i tak połowa będzie do odrzutu". Nie ma to, jak wlać w studenckie serca odrobinkę nadziei... Jesli jeszcze zmagacie się z egzmainami, trzymam mocno kciuki. Jako, że od paru miesięcy jestem wielką fanką demotywatorów, oto jeden adekwatny do sytuacji obecnie nam panującej:
A jak już uporam się ze wszytskim, wracam do władania światem, moim małym potarganym :) Aha, tak poruszając się w klimacie studenckim. Ww. baba jaga, pokazuje nam slajdy ze zdjęciami pewnego miasta (ja oczywiście rozmawiam sobie z A., na koniec wypowiedzi wyrwało mi się głośne westchnienie) Baba Jaga: "Pani stąd, że pani tak sapie?"
niedziela, 17 stycznia 2010
sobota, 09 stycznia 2010
Po pierwsze primo: Spokojnych i Wesołych Świąt. Wiem wiem to już było, ale nadrabiam zaległości :D Pierszą Wigilię spędziłam w Lesznie. Z nim. Było ubieranie choinki, prezenty, paluszki rybne, pierogi z Tesco i barszcz z papierka. Ale wiecie co? Było tak jak być powinno... Cudownie :) Wigilia rodzinna, z powodu chorób które nie chciały się odczpić od paru członków rodziny, odbyła się w bardzo małym składzie. Smutno tak jakoś. Drugi dzień Świtąt. Przyjechał Marcin. Popołudnie rodzinne, lodowisko. Moje starania nie poszły na marne. Udało mi się zarazić pewnego sceptyka magią rodzinnych Świąt. Uważam to za swój mały sukces ;) Po drugie primo: Życzę udanego Sywlestra i wsjego dobrego w Nowym Roku:) Nie wiem jak Wy, ale ja miałam super Sylwestra. Gangsterskiego. Zjazd rodziny Corleone :) Towarzystwo nam dopisało znakomite, wódki nie zabrakło. Od północy bawiliśmy się przy utworach z radia, bo mój sprzęt odmówił posłuszeństwa. Posłuchał nas i wziął i się naprawił dopiero o 12.00 dnia następnego. Złośliwość rzeczy martwych. Ale narzekać nie ma co. Nowy Rok przywitaliśmy na sankach i spacerze po wsi. Super było no ;) Hawaje: były, lata 20-te były. To jaki pomysł na imprezę karnawałową? Starożytny Rzym? :>? Moi najbliżsi robili podsumowanie roku poprzedniego. Moje będzie krótkie: straszna sesja, Erasmus (łza zawirowała w oku), świadkowanie na weselu W., nowa praca, 29.10- urodziny, pierwsza wiadomość wysłana do Marcina, 14.11- Hawaje i pierwsze spotkanie, 19.11 zaczęło się :), Święta i Sylwester. To była krótka migawka z roku 2009 :) Ale oprócz tego mam pewne postanowienia na rok 2010. A co tam, nie będę ich zachowywać dla siebie, pochwalę się. Zamierzam: 1. Zacząć w końcu pisać magisterkę (pierwszy krok zrobiony: przytachałam 7 książek z biblioteki, leżą na parapecie i czekają na SWÓJ czas), 2. Przebrnąć gładko przez sesję. Nie chcę powtarzać koszmaru sprzed roku, 3. Zdać w końcu to cholerne, &^%^#&# prawko!, 4. Obronić się w przyzwoitym terminie, 5. Zmobilizować ludzi i zorganizować spotkanie poerasmusowe w Wilnie:), 6. Znaleźć wymarzoną pracę, 7. Zobaczyć Barcelonę, 8. Wyprowadzić się... nie wiem gdzie dokładnie... ;) Czas pokaże, 9. ... I po prostu być szczęśliwą!!!
wtorek, 08 grudnia 2009
Te same urodziny co poniżej Babcia Agatki: oj Agatko Agatko... do kogo Ty jesteś podobna? Agatka: Wszystkie geny mam po Magdzie!! Mówi się, że dzieciaki "przejmują" niektóre cechy od Chrzestnych. Co o tym myślicie? Ja osobiście uważam, że coś w tym jest. Mam wrażenie, że kawał mojego życia jest kropka w kropkę powtórką części życia mojej Chrzestnej. Tak jakby historia zataczała ogromny okrąg...
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Każdy z nas przeżywał swoje przedszkolne/ szkolne miłości... Niektórzy wcześniej, niektórzy później. Jak się okazało, moja chrześnica lat 7 zdecydowanie wcześniej :) Wczoraj będąc na jej urodzinach, dojrzałam na łóżku książkę. Sekretnik dla młodej dziewczyny, z horoskopami, testami dla przyjaciółek i innymi cudami wiankami. Zaczęłam go sobie przeglądać, Agatka nie oponowała, usiadło obok mnie i razem sobie czytałyśmy. Doszłyśmy do horoskopów. Przy znaku zodiaku Agatki widniały dwie rubryki znaki zodiaku najlepszych przyjaciół i najbardziej dopasowane znaki w miłości. Właśnie w tej drugiej rubryce widniał baran. - Nooo to się zgadza... bo Paweł jest baranem- powiedziała nieśmiało Agatka - Paweł to Twoja sympatia?- spytałam zaciekawiona ja, - Nie, to mój chłopak- widząc minę swojej Chrzestnej, Agtka kontynuowała- a wiesz co? my jesteśmy w tym samym wieku teraz jak skończyłam 7 lat... i wiesz co to oznacza? Że w przyszłości możemy się ożenić!!! - A chciałabyś Kochanie?- dusząc chichot ciągnęłam dalej temat, - Noooooo chciałabym- z pełnym przekonaniem odpowiedziała Agatka - Jak się poznaliście?- kobieca ciekawość nie pozwalała mi skończyć tematu - Aaaa szedłam sobie korytarzem (tak, szedłam- przyp. red.) i nagle się zderzyliśmy ze sobą... - Czyli to była miłość od pierwszego wejrzenia? - Taaaak- cienkim głosikiem odpowiedziała Agatka - A Pawełek trzyma Cię za rękę?- drążyłam - Tak i wiesz co? całuje mnie w policzek- zarumieniła się moja Chrześnica, której zawsze daleko było od okazywania zażenowania lub jakiegokolwiek wstydu. Zaczęłyśmy przeglądać dalej książkę. Trafiłyśmy na stronę o detalach wizualnych i osobowościowych sympatii. Czytam Agatce: - Jaki kolor oczu ma Pawełek? - Niebieskie... takie jak ja- tutaj następuje zatrzepotanie młodymi rzęskami i rozmarzony wzrok wbity w dal - Co w nim najbardziej lubisz? - To że jest miły, sympatyczny, fajny, piękny, wysportowany... no i taki w moim typie! - Mhmmm- pokiwałam ze zrozumieniem głową - A wiesz co?! Paweł to jeździ na tej, jak to się nazywa? deskorolce!!! I wiesz co on jeszcze zrobił? Popłakał się przy mnie- wyznała - Z jakiego powodu? - Bo ma taką niesympatyczną panią! - A Ty Agatko się kiedykolwiek popłakałaś przy Pawle? - NIGDY!! Moja Chrześnica, która była wielką kulką energii, niespożytej siły, wariacji... bardzo się wyciszyła. Nasunął mi się jeden, ważny wniosek: niezależnie od wieku, mężczyzna ma wpływ na zachowanie swojej kobiety. Kto by pomyślał, że nawet tak młodej i niepokornej? ;)
sobota, 05 grudnia 2009
Dzisiaj znajoma z uczelni oznajmiła mi, że wyglądam jak fiołek rozkwitający na wiosnę, do tego uśmiech naokoło głowy, rumiane poliki i świecące oczy. A to wszystko przez Mariana!!!! Ktokolwiek widział, ktokoliwek wie. Poszukiwany winny :) Druga sprawa... Chciałam Was wtajemniczyć w moje małe, komunikacyjne zboczenie. Będąc osobą nie posiadającą prawa jazdy, na codzień korzystam z komunikacji miejskiej, co momentami, jest strasznie męczącą i nudną czynnością. Dlatego też, uwielbiam czytać gazety przez ramię innym ludziom. Tak dzisiaj przeczytałam opowiadanie o siostrzanej zazdrości. Na szczęście miałam dobrą miejscóweczkę bo stałam centralnie za siedzeniem pani z gazetą. Zdaję sobie sprawę, że jest to strasznie irytujące... No ale co ja mam biedna począć jak bateria w mp3 padła, a warunków do czytania książki brak, bo ścisk panuje w godzinach szczytowych. Co dziwniejsze nie uskuteczniam tego w autobusach, tylko i wyłącznie w tramwajach. A Wy macie jakieś swoje komunikacyjne nawyki? :)))
wtorek, 01 grudnia 2009
Jak na czarownice przystało, w wigilię andrzejkową spotkałyśmy się w chatce na kurzej łapce, żeby przepowiedzieć sobie przyszłość i odkryć przeznaczenie. Zaopatrzone w czarownicze atrybuty:
Moim przeznaczeniem jest mąż Leszek. Natomiast pan o imieniu Andrzej będzie moim przyjacielem (tjaaaa :P). Dwa razy wyszło mi, że powinnam zastanowić się nad poważną inwestycją i pomóc przyjacielowi (tak A., zemsta na pewnym panu będzie słodka:P). Wosk wszystkim nam ułożył się... hmmmm w kształt jelit, co zwiastuje grypę jelitową w najbliższym czasie :) No i to by było na tyle wróżb:) A tu już grudzień. Czas daje z kopyta, a ja czekam na śnieg. Mam nadzieję, że na te Święta się zreflektuje, a nie da ciała jak rok temu.
poniedziałek, 23 listopada 2009
Po pierwsze primo :) Nie tak dawno temu, zorganizowaliśmy sobie Hawaje w środku listopada. Głupi żart rzucony miesiąc wcześniej, przerodził się w temat mojej spóźnionej imprezy urodzinowej. Ananas party jak została ochrzczona, przejdzie do historii. Moje mieszkanie przeżyło najazd kilkunastu osobników przebranych w kolorowe koszule, krótkie spódnice, kwiaty, kwiatuszki, pianki windsurfingowe... Do tego kokosy, anansy, drinki z palemką... no właśnie drinki... hmmm nie wiem kto je robił, ale dobre były do czasu. Zgubne dla pamięci niektórych ;) Największy ubaw miały panie z okolicznego sklepu (od parunastu dni nie pokazuje się im na oczy), kiedy to z natężeniem raz na 45 minut zjawiały się osoby w japonkach, staniku z kokosów, z czarnym afro i deską surfingową z kartonu... Te niezwykłe zjawiska spotykały się z wielkim entuzjazmem napotkanych mieszkańców osiedla. Bałam się tylko sąsiadów... Parę dni później spotkałam sąsiadkę za schodach. "Nadszedł czas konfrontacji" pomyślałam, wzięłam głęboki oddech i na jednym wydechu wyrzuciłam: z siebie "panimirkobardzoprzepraszamzatehałasaypowinnamuprzedzićdzieńwcześniej". Przymknęłam oczy i czekałam na reakcję, a pani Mirka: "dzieeecko ja Ci tak bardzo chciałam podziękować. W końcu nasz blok ożył! Tak dawno nie było tutaj muzyki słychać. Kiedyś jak byliśmy młodzi też się tak bawiliśmy". No i mnie zatkało. No i co? Można mieć fajnych sąsiadów? Coś jeszcze się zadziało. Ważnego. Pewien KTOŚ pojawił się w moim życiu. Nagle. Nie byłam na to przygotowana. W ogóle. Bałam się, schizowałam i sprawdzałam jak daleko mogę się posunąć. A on tak po prostu mną potrząsnął, przyjechał, złapał za rękę. I wiedziałam, że już nie chcę uciekać. Chcę spróbować. Jak to mawiają starzy mędrcy: kto nie ryzykuje, nie żyje. Więc postawiłam wszystko na jedną kartę :)
Tak, impreza była magiczna :)
czwartek, 12 listopada 2009
Pada desz? Zimno? Nieprzyjemnie? Nie zauważyłam :) Pozytywna energia się wręcz ze mnie wylewa. Mogłabym nią obdarować pół Łodzi jak nie więcej. Narazie trenuje na moich współtowarzyszach pracowych. A jest tyleeee powodów do radości. Nie wiem od którego zacząć... Oto chyba ten naj naj naj. Odebrałam go z poczty parę dni temu. Muszę... muszę się pochwalić.
Już przebieram nogami na samą myśl koncertu, zwiedzania Berlina. Oto moja własna nakrętka i przy okazji odhaczone małe, (prawie) spełnione marzenie. Poza tym w sobotę odbędzie się impreza, moja spóźniona urodzinowa. Dwa miesiące temu padł w żartach pomysł na imprezę tematyczną z Hawajami w tle. No i na żartach się nie skończyło. A to w dużej mierze dzięki zaangażowaniu przyjaciółek. Kokosy, ananasy, arbuz już zakupione. Kwiaty z bibuły, na które wściekam się od dwóch dni niemożliwie już nawleczone na nitki... Jednym słowem przygotowania pełną parą. A Katarzyna, oprócz rysowania palm, szykuje gościa specjalnego :) Nie wiem czy nie naruszam praw autorskich, ale zdjęcie Emilki mnie urzekło i jest już u mnie na pulpicie ;)
ALOHA (Oczywiście żadne zdjęcia z imprezy się nie pojawią, bo podejrzewam że cenzura na to nie pozwoli)
poniedziałek, 09 listopada 2009
Jestem dużym dzieckiem. Ja to wiem, a rodzina i znajomi tylko mnie w tym utwierdzają. Niedawno skończyłam 24 lata. Rodzicielka ma oznajmiła, że chce mi kupić kolorowe kalosze (tak, nie pomyliło mi się, na pewno 24), znajomi z pracy (co było dla mnie nisamowitym zaskoczeniem), podarowali mi filiżankę do kawy... z czym? Z Kubusiem Puchatkiem. Znają mnie dopiero dwa miesiące, a stwierdzili że na pewno mi się spodoba. Nie mylili się. Może powinnam spoważnieć? Przecież niedługo magister, normalnie, samodzielne życie... A ja uwielbiam jak ludzie mnie poznają i dają mi 18 lat, bo nadal potrafię się bawić, szaleć, cieszyć się z drobiazgów, śmiać do łez... Narazie nie chcę i nie mam zamiaru takiego stanu rzeczy zmieniać. Ale Stany, Poznań, Erasmus są dowodem na to, że mimo wszystko, umiem sama o siebie zadbać, nie boję się zmian i samodzielności. UPDATE: Zapomniałam dodać, że dostałam również Zgrywka z Leszna, który zrobił furorę na mojej uczelni i dziewczyny piszczały wręcz z zachwytu ;) Jedyna osoba, która potraktowała mnie poważnie, to Katarzyna. Otwierając kopertę, ukazało się pismo na papierze bankowym, z pieczątką. Oprawie je w antyramie. Poza tym dostałam kalendarze i biuletyn, w którym dzięki Kasi znalazło się zdjęcie mojego autorstwa. DZIĘKUJĘ i kajam się, że w pierwotnej wersji nie wspomniałam. To przez ta późną godzinę. Głowa nie pracuje jak należy :P To tytułem wstępu. Teraz zupełnie z innej beczki. Podróżniczo będzie. Półtorej godziny temu wróciłam z pełnego atrakcji wyjazu do Wrocławia. Ale od początku. Piątek. Dzień zawalony studiami od rana do wieczora. Po zajęciach- kierunek dworzec. Wpadamy z Agą do pociągu, a tu tłumy. Ani jednego miejsca wolnego, a do tego gorąco jak pierun. Nagle naszą uwagę przykuł wielki przedział dla rowerów, a tam dwa krzesełka. Porozumiewawczy uśmiech i już wygodnie mościłyśmy się na naszych siedziskach. Do tego temepratura w sam raz. Nagle do naszego "przedziału" wsiada chłopak. Grzecznie pyta czy może się dosiąść. A i owszem. Na pręcie może. Dodajemy, że nie wie na co się pisze dzieląc z nami jedno pomieszczenie. Okazało się, że lepszego kompana podróży nie mogłyśmy sobie wymarzyć. Śmialiśmy się, wyciągałyśmy od niego historie z czasów narzeczeństwa i małżeństwa. Końcem końców okazał się także naszym wybawcą. 20 minut przed planowanym dojazdem na dworzec Wrocław Główny... stanęliśmy gdzieś w polu. Czarno, zimno i do domu daleko... Czekamy. 5, 10, 15 minut... wpada konduktor z informacją, że trakcja zerwana i minimum godziny czekania. Grupka w naszym wagonie wpadła w lekką panikę. Kuba uspokoiwszy wszystkich, że Wrocław zna zarządził wymarsz wzdłuż torów. Posłuszni pasażerowie wysiedli za Kubą i podążyli jak za guru. Kuba widząc nas jak męczymy się z naszymi torbami, stwierdziwszy że "żadna kobieta nie będzie nic przy nim dźwigać" wziął od nas wszystkie bagaże. Mogłyśmy więc się skupić i starać się nie poślizgnąć na mokrych kamorach. Po 10 minutach marszu wyszliśmy na dość ruchliwą ulicę. Nasz wybawca rozejrzał się i szybciej niż GPS rozeznał się w terenie. Telefon do Anki, żeby jednak na dworzec nie jechała i w sumie po 20 minutach już siedziałyśmy w ciepłym samochodzie i zmierzałyśmy do aniowego mieszkania. No a później rozmowy do 3 nad ranem. Nagdać sie nie mogłyśmy po tak długim czasie niewidzenia. Sobota spacer po Wrocławiu, Ostrów Tumski (i już w tym momencie wiedziałam, że jestem po uszy, cholernie, szaleńczo zakochana w tym mieście), Muzeum Architektury, panorama racławicka. Wieczorem, jak za starych, dobrych czasów diskoprzytupekmojitoiszaleństwo. Niedziela. Zwlekłyśmy się z wyrek w południe i mimo, że ledwo żyłyśmy znalazłyśmy siłę, żeby zwiedzić Muzeum Narodowe. Jednym słowem kulturnie było. A co! Obiecałam sobie, że będę częściej odwiedzać łódzkie muzea. Kulturną część życia zaniedbałam i prawie zapomniałam ile daje mi radości. Niestety to nie koniec przygód kolejowych. Zmęczone, smutne że weekend tak szybko minął, zasiadłyśmy w pociagu Wrocław-Łódź. Oprócz tego, że wysoka temperatura, buhająca z każdego otworu między siedzeniami przyprawiała o ból głowy, okazało się, że wyjedziemy pół godziny później niż było w planach. Ale żeby tego było mało... godzinę po tym, jak ruszyliśmy wyłączyło się światło...czy w całym pociągu?? Nieeeeee, tylko w naszym wagonie. NO ŻESZ. Konduktorzy latali w tą i z powrotem, włączyły nam się klimaty jak z horroru. Doszła informacja, że elektryk wsiądzie w Ostrowie. Tak też się stało, wsiadł, pogrzebał, światłość nastała, a my kolejne parenaście minut w plecy. Ruszamy z Ostrowa, 15 minut i znów egipskie ciemności. To się ponaprawiał pan złota rączka. Klimatycznie było do samego końca. Mimo naszych przygód, bardzo dobrze zrobił nam ten weekend. Każda z nas potrzebowała wielkiej dawki endorfin i dostałyśmy takową z nawiązką. Jeszcze dwa postulaty na koniec:
|
Archiwum
Zakładki:
Fotoblogi
Moje miasto oczami innych
Szablon mój, by
Zaglądam do:
|